Nie tylko jaskinie...

Wyprawy, wyjazdy, wypady których głównym celem nie były jaskinie...

Kazbek 2013
Tomasz Snopkiewicz
/ Kategorie: Nie tylko jaskinie

Kazbek 2013

Pomysł wyjazdu do Gruzji powstał w głowie Florka i to On zaraził pozostałych uczestników...

Jeszcze w tzw. międzyczasie miał się odbyć wyjazd na Gloka - jako sprawdzenie się i przetestowanie sprzętu przed Gruzją... niestety pogoda sobie w okolicach Maja zrobiła powrót do zimy... Nie pojechaliśmy do Austrii - i raczej dobrze... w ciągu trzech dni spadło ponad metr śniegu...
Wracając do wyjazdu do Gruzji...

Przewoźnikiem naszym był Wizz - co w sumie nie jest dziwne - tani lot z Katowic. Przyjechaliśmy samochodzikiem jakoś przed północą i samochodzik został na strzeżonym parkingu...
Samolot jak samolot - obyło się bez klaskania przy lądowaniu - ktoś już zaczynał naszą narodową wiochę... ale na szczęście ludkowie nie podchwycili...

Image

2013-07-27

Kutaisi - port lotniczy jakoś niedawno zbudowany - sterylny i raczej wszystkiego brak, toalety są i to w stylu europejskim i czyste, ale nic nie da się kupić. Odprawa paszportowa - brak pytań, zdjęcie twarzy kamerką internetową i już można odebrać bagaż...
A przed lotniskiem .... dużo marszrutek /lokalna nazwa dla busików/
Znaleźliśmy Marszrutkę do Tibilisi ... no może lepiej powiedzieć, że kierowca nas znalazł... A tych busików było więcej - busiarze wyznają zasadę: jak jest jeszcze wolne miejsce to trzeba poczekać jak przyjdzie klient... i tak go się dopchnie....
Wyjechaliśmy z lotniska ....

... I jakby ktoś chciał tam jeździć to proponuję przedtem wypić dużą szklanicę alkoholu... gostowie cały czas trąbią jeżdżą na trzeciego, a nierzadko na czwartego - przepisy drogowe jak ograniczenia prędkości są traktowane jak wielkie lizaki z cyferkami postawione koło drogi, czy jakieś głupie linie nie wiadomo po co namalowane na asfalcie są raczej wskazówkami a nie jakimiś wyznacznikami...
Jak nie przeszkadza Ci linia ciągła to możesz ją uszanować i nie przekraczać, jeżeli jednak spieszy Ci się troszkę bardziej to potraktuj tą linię jak dzieło sztuki ... pooglądaj przekrocz, ale w żadnym wypadku się nią nie przejmuj... :)
Busiarze - oczywiście dla wygody pasażerów - puszczą na podwieszonym monitorze jakieś Video z lokalnymi piosenkami ... może kilka piosenek jest ciekawych jako folklor, lecz po chwili zaczynają być upierdliwe...
Kursik z Kutaisi do Tibilisji kosztuje 10$.
Udało nam się dotrzeć do stolicy.
Podjeżdżamy na niewyróżniający się absolutnie niczym dworzec busikowy obok którego jest bazar i stacja metra. Choć lepiej powiedzieć plac przy bazarze jest miejscem odjazdu marszrutek - plac / parking, sprzedawcy naręczni i jeszcze wszystko inne na raz ... W sumie szukanie właściwego busiku nie stanowi problemu - idąc z plecakiem dowiadujesz się nazwy chyba wszystkich większych miejscowości w Gruzji. Nim przejdzie się 50m na pewno znajdzie się potrzebny kierunek :D
Tam wymieniamy pieniądze $ -> Lari
Kupujemy kilka buteleczek piwa (3 litrowych) , gazy i jeszcze próbujemy zakupić mapkę do GPS'a. Ten ostatni zakup to ja chciałem zrobić ... no to do Geolandu - lokalny przedstawiciel Gremlina (Garmina).
W necie niby... że jest otwarte w sobotę ... niestety rzeczywistość o tym nie wiedziała i zastajemy zamknięte drzwi i opis na tych drzwiach... że jednak otwarte pn-pt... Super! no nic, ale zwiedziłem z Mariuszem kawałek miasta - pewnie nie bardzo reprezentatywny, ale zawsze...
Wracamy metrem na targ.

Znowu w drogę .... o nie, jeszcze nie, jeszcze chwilę .... trzeba upakować wszystkich /a plecaki też się zmieszczą/ koniec końców siedzimy w busiku lub przytaczając słowo za lokalsami marszrutce ....chyba rybki w puszcze mają więcej miejsca ... choć muszę przyznać - zmieściły się nasze plecaki, kilka torb podróżnych innych pasażerów i rowerek dziecięcy (taki z dodatkowymi kółkami) i nawet zostali posadzeni dodatkowi pasażerowie na sprytnie dokładanych drewnianych krzesełkach pomiędzy normalnymi siedzeniami... Takie upakowanie ma pewne zalety... brak przestrzeni żeby Ładunek ludzko - rzeczowy mógł się przemieścić.
Jest trudno... ale buteleczka z piwkiem jakoś krąży ... no na trzeźwo to było by trudno i stresująco...
Mała przerwa podczas wspinaczki busika na Gruzińską Drogę Wojenną - to droga przez wzgórki wytyczona już za czasów rzymskich, lecz wykorzystywana pewnie i wcześniej przez handlarzy i ludy wędrowne . Choć chyba wzgórki to troszkę źle powiedziane - w sumie ta droga ta to główny szlak komunikacyjny przecinający 'Wielki Kaukaz'.
Charakteryzuje się super widoczkami i przepastkami po pare-set metrów... gdzie koło busika jedzie o dodatkową szerokość opony od krawędzi... no może troszkę więcej o dodatkowe dwie szerokości włosa :) - w każdym razie pasażerowie mają fajny pionowy widok w dół ... a oczywiście barierek nie ma bo to by zaburzyło postrzeganie drogi - co jakiś czas jest betonowy bloczek na skraju drogi czy lepiej powiedzieć urwiska... No i co by było więcej atrakcji - busiarz ma we krwi wyścigi formuły 1 - to pewnie po ojcu, a po kuzynie ze strony matki dodatek rajdów WRC i jeszcze tak zupełnie od siebie w bonusie spojrzenie szaleńca na wakacjach....
Czy można wyprzedzać na pojedynczej jezdni w "tunelu" (w zasadzie to zadaszenie podparte na słupach - żeby droga funkcjonowała w zimie-lawinki schodzą sobie po dachu tej konstrukcji a samochody bezpiecznie przejeżdżają pod dachem). Droga jest remontowana i kręci się dużo ludków ubranych w odblaskowe ciuszki. Wracam do pytania: czy wolno wyprzedzać wolniej jadące samochody? - odpowiedź oczywista wolno wyprzedzać wszystkich i wszędzie, lub lepiej powiedzieć należy lub trzeba :)

Dojechaliśmy do Kazbegi - marszrutka zatrzymuje się na przystanku w środku miejscowości... i już mamy Zakopane - 10 osób pyta Cię czy potrzebne pokoje - pierwsza podeszła do nas starsza kobieta. Trochę dyskusji o kasie - proponuje 30 Lari za osobo/miejsce + jakieś jedzenie (~60zł) po rokowaniach stanęło na 15 Larych :) ale bez szamania.
Zgrubny przelicznik to 1lari -> ~2 złote

Zainstalowaliśmy się na jedną nockę w chałupce miłej kobiety ...
Wyszliśmy zwiedzać i na małe zakupy. I tutaj wskazówka nie należy kupować w sklepach blisko 'centrum' tylko trzeba odejść na peryferia czyli jakieś... 50m! i tam są dwa sklepiki z normalnymi cenami - te bliżej przystanku mają ceny 2-3 razy większe /butelka coli jest 5x cenniejsza :) /

Jest też w pobliżu sprzedawca zieleniny który jak dowiedział się, że jesteśmy Polakami to niezależnie ile i czego kupiliśmy liczył nam za towar 1 Lari :) - stwierdził, że lubi Polaków.
Tylko za dużego arbuza policzył ekstra, którego kupiliśmy i poszliśmy się integrować z lokalną przyrodą - za mostkiem była idealna łączka jakby zaprojektowana do tego celu :) Arbuz /cieknący sokiem arbuz - nie takie jak mamy u nas w sklepach tylko ze słodkim miąższem w idealnym kolorze i lekko kwaskowy ... mniam/ przepiany winkiem - no nie bójmy się użyć mitycznego słowa - ambrozja ... niestety przyroda nie chciała współpracować i znowu zaczęło padać.... Poszliśmy więc degustować lokalne przysmaki w knajpce pod falistym plastikiem :)
Wtedy to dopiero dupnęło - padało, że mały monsun tropikalny nie powstydziłby się wylewności...
Jedzenie mogłoby być lepsze, ale i tak narzekać bardzo nie można - było jadalne, a niektóre składniki nawet smaczne.
Jakoś w przerwie pomiędzy falami opadu dotarliśmy na kwaterę.
Mariusz zaproponował grę w karty ... ale nie takie zwykłe karty... przywiózł Munchkin'a i zaraził wszystkich chorobą karcianą ... - Jutro przed południem wymarsz - tak zaordynował kierownik.

2013-07-28

Jak przyszło jutro .... to okazało się... że pada... jest mgła ...
- może po południu będzie lepiej...
W tzw. Międzyczasie Karolina wyskoczyła na poszukiwania parasola - przeszła wszystkie (czyli pewnie z 8 sklepików) i okazało się, że parasol to towar luksusowy - trzeba sobie go samemu sprowadzić do miasta :)
Na szczęście popołudniu padanie zmniejszyło nasilenie - wyszliśmy "na miasto" :) - zobaczyliśmy jedno muzeum - czyli zobaczyliśmy muzeum /jest jedno/. Dworek i pokazane życie miejscowych ludzi z różnych warstw społecznych lecz głownie szlachty - chyba, że źle zrozumiałem - alfabet jest nieco inny /no może bardziej niż nieco/.
Znowu odwiedziliśmy sprzedawcę warzyw - tradycyjne zakupy za 1 lari :D
Z ciekawostek - gazociągi w Gruzji idą nie zakopane w ziemi tylko jako rury położone na słupkach idące tuż nad ziemią. A i jeszcze ważna uwaga - woda w kranie ... występuje czasowo - czasem jest, czasem nie ma ... Dopiero po pobycie w takiej mniejszej miejscowości człowiek docenia fakt, że po odkręceniu kurka ma się wodę ... praktycznie zawsze.. A tambylcy mają wodę rano i wieczorem może czasem w ciągu dnia. Gospodyni rozwiązała ten problem układając rezerwuar wody - wiadro które trzeba było napełniać w porze wodonośnej by wykorzystywać tą wodę w porze suchej. Co ciekawe we wszystkich mijanych miejscowościach domu miały indywidualne zbiorniki wody umieszczone na dachach lub na własnych małych wieżach ciśnień, w miastach były zbiorniki na wodę nad każdą klatką bloku.
Po jedzonku wróciliśmy do kart.... I ponownie Karty... :D
Z wielkich ciekawostek podczas gry jedna z osób wylosowała 5x z rzędu Klątwę "Wszy Łonowe" - no było masę śmiechu i jakiś wielki powiew nieprawdopodobieństwa...

2013-07-29

Rano... Otwieram oko z nastawieniem idzie się! ... i oko nie widzi nic oprócz białej plamy wstawionej w ramę okna....
Niestety .... 'Jednodniowy' pobyt przedłuża się ... ale na pewno za chwilę przejdzie i idzie się....
Niestety... przeszło po południu. Ale i tak udało się nam wykonać strategiczny wyskok pod klasztor - takim skrrrutem - direct do góry :)
Przed wyruszeniem do klasztoru zapytaliśmy ile kosztuje wywiezienie plecaków na koniach pod stację meteorologiczną - zapytaliśmy w AGENCJI wysokogórskiej - można tam wypożyczyć raki czy linę i uprząż i kupić drogi gaz...
Dowiedzieliśmy się, że będą potrzebne 2 konie .... To będzie - 300 Lari ...
No cóż to jednak za wiele...
I ponownie daliśmy zarobić / naciągnęliśmy gościa od zieleniny na 1 lari ...

Gostek od koni przyszedł na kwaterę i zmniejszył kwotę do 200 Lari, ale zawzięliśmy się.
- Nielzja! ;-)
Zrobiliśmy wielkie żarcie - ziemniaki i wielowarzywna sałatka: pomidor, ogórek, cebulka, czosnek oraz jajka na twardo :)
Wieczorem nastąpiło odlekczanie plecaków - dogadaliśmy się z kobietą, że zostawimy część rzeczy na czas wyjścia w góry i za kilka dni odbierzemy je.

2013-07-30

Wynajęliśmy lokalnego kierowcę taxi - wywiózł nam plecaki i cześć ekipy pod klasztor. Gostek zna wszystkich i wszystko: załatwi, da kontakty ...etc. Co ciekawe jak miał nas wieźć to przypiął do taksówki flagę polską - miły gest. A driver ma iście cyrkowe umiejętności prowadził zdezelowaną i napędzaną gazem Ładę Niwę - gaz było czuć w środku :). Jadąc po wybojach rozmawiał z nami i przez komórkę a także na drugiej pisał SMS'a. Oczywiście mijanie pojazdów zjeżdżających z góry odbywało się na ostrożnie ... tak na pełnym gazie :) Przypominało to w innym wydaniu stary film "Cena strachu". W sumie oprócz tego, że dość gadatliwy i chciał nam pomóc - choć sami nie wiedzieliśmy, że tej pomocy potrzebujemy to muszę go zaliczyć do ludzi bardzo pozytywnych - wręcz przyjaznych, choć oczywiście chciał z nas zedrzeć trochę pieniążka :).
Tutaj warto wspomnieć jeszcze o jednym przyszywanym uczestniku nasze ekspedycyji - u kobieciny zatrzymał się Borys - początkowo chciał wyjść tylko na przełęcz, ale w końcu stanęło, że z nami może się zabrać do stacji meteo. Taksówką wywieźliśmy mu plecak pod klasztor i ....
Miał się zjawić ... miał ... miał... miał po godzinie czekania trochę nas trafiło.
Jedyna budowla w okolicy to klasztor - tam zostawiliśmy mu plecak.
Na szczęście nie było to jeszcze w górach, tylko nad miasteczkiem w cywilizacji - a i tak mieliśmy dylemat.
W międzyczasie z gór zszedł Ukrainiec z ekipą. U siadł przy nas zmęczony drogą w dół i zaczęliśmy słowiańską dysputę - językiem rozmowy był język polsko - rosyjsko - ukraiński, ale zrozumiałość była bliska 100%. Dowiedzieliśmy się od niego że 2 dni wcześniej szedł starszy Ukrainiec do góry i trochę opadł z sił. Był z towarzyszką w swoim wieku i już prawie nie mógł się ruszać akurat szła jakaś ekipa polska do góry i wzięli mu plecak do stacji. Gostek jakoś doczłapał, ale kilka godzin później był zwożony na koniu na dół... A transport koniem w dół to ... 300$ /tak nam powiedziano - nie wiem czy można się targować/.


Poszliśmy w góry - przed przełęczą znowu zaczęło kropić, na szczęście opad był niewielki, na przełęczy weszliśmy w chmury, ale po kilkunastu minutach podniosły się i było widać ścieżkę.
Chwila odpoczynku na przełęczy pod kapliczką i dalej w drogę.
Doszliśmy do świetnej polanki i zadecydowaliśmy, że tutaj jest idealne miejsce na rozbicie namiotu. Zaczęło zmierzchać, ale namioty rozbite, Florek poszedł po wodę 150 metrów wyżej - tam było rozbite miasteczko namiotowe. Pierwszy dzień lepszej pogody i namiotów było ze 20 może więcej... Gwar i w pełnym wymierze czasu szum przepływającego potoku z topiącego się lodowca. A u nas cisza i spokój rozbite 3 namioty i tylko jakąś godzinę później przyszli następni nasi krajanie i rozbili się namiotem koło nas - musieli być zmęczenie bo jakoś konwersacja ograniczyła się do wymiany kilkunastu zdań.
Ładujemy się do namiotu i uciekamy w głąb śpiworów szukając ciepła i chowając głowę przed łopoczącym płótnem namiotu /zaczęło znowu piździć/ a tutaj ktoś się skrada ... ki czort??
A to zguba - Borys.... Pożyczał raki i śpiwór ... i mu zamknęli agencję na 3 godziny - sjesta czy ki cholera. W każdy razie zaczął wychodzić ładnych kilka godzin po nas - a plecaczek miła faktycznie ekstremalny - mniejszy od kobiecej torebki ;-) Ale miał dużo wiary w siebie i faktycznie nas znalazł /oczywiście namiotu nie miał - ale znalazło się miejsce w naszym namiocie/.

2013-07-31

Rano śniadanie ... mistrzów i rozpogodziło się w chwilowej dziurze w chmurach ujrzeliśmy po raz pierwszy majestatyczny cel naszej wędrówki - ośnieżony wulkan Kazbek....
Będąc jeszcze na zielonej trawce i widząc biel stoków na tle niebieskiego nieba popijając kawkę ... Odjazd.

Jakoś zawczasu część ekspedycji zaczęła się martwić o przejście przez rzekę. Jak przyszło co do czego to jakoś nie stanowiło to większego problemu /no dla mnie/ - kilka osób szukało dogodniejszego przejścia - ale wszystkim udało się przejść bez nieplanowanej kąpieli.

Za rzeką zmienił się krajobraz z trawiastego na kamienisty - jakby z innej planety. Uczucie pogłębia zbiornik na opady z niegdyś działającej stacji meteorologicznej - na początku jak szedłem zadawałem sobie pytanie - ki czort skonstruował tu rzeźbę nowoczesną? Dopiero jak podszedłem i oglądnąłem ten kawałek zardzewiałej, poindustrialnej, nowoczesnej sztuki doszedłem do przeznaczenia tego marsjańskiego trójnoga. Niestety do rzeczywistości sprowadza wędrowca stosik śmieci pieczołowicie zgromadzonych w rozpruwających się workach i cześć luźno rzuconych przy murku okalającym pewnie kiedyś jakąś jurtę, teraz sporadycznie używaną pewnie przez turystów gdzie rozbijają namioty.

Idziemy dalej do góry, do góry - trafiamy na rozgałęzienie trasy - jedna idzie prosto na lodowiec druga podchodząc do góry idzie w lewo prowadząc po kamieniach. Kierownik wybiera ten wariant - szedł nim rok wcześniej do stacji meteo. Spotykamy rozbity namiot na kamieniach u podnóża lodowca. Wypełzają z niego dwaj Gostkowie.
- Helooooo! - luzacko powitali nas choć rozbili namiot z 30 m od ścieżki.
- Hello - padła odpowiedź z naszej strony.
Niestety nie przytoczę całego dialogu, lecz sens tego był całkiem ciekawy - to byli mistrzowie luzowania /luzujący się kojot z kreskówki to przy nich leszcz/.
Pochwalili się, że są z Izraela. Co ciekawe są pierwszy raz w górach, pożyczyli dzień wcześniej raki i pytali czy umiemy się posługiwać rakami i czy byśmy ich może zechcieli nauczyć (!!!) :D Nie wiedzą jak założyć raki na buty i nigdy nie chodzili w nich. Mając takich obywateli państwo żydowskie musi mieć duży przyrost naturalny .... Wykazaliśmy się regułą - nie pomagać samobójcom, ani nie utrudniać im podjętych działań. Wykręciliśmy się z prośby o naukę. I to nie z braku wrodzonej uprzejmością czy z braku czasu - lecz pełen luz i pełna beztroska /pewnie po jakimś specyfiku rozluźniającym/ tych gości po prostu nas przeraziła ....

Chwilkę wyżej dochodzimy do niewybitnego kamiennego przewyższenia - przed nami otwiera się widok na lodowiec pokryty częściowo mgłą. I pojawiła się też spotykana na pustyniach fatamorgana ... co jest do cholery!!!
Widzimy na skraju mgły karawanę wielbłądów ! Od wyjścia w góry czyli już z półtorej doby nie mieliśmy ani kropli piwa czy innych używek w ustach (!) - jednym słowem jesteśmy trzeźwi jak świnki!
Wielbłądy zostały przysłonięte mgłą - no może faktycznie jest coś nie tak - pewnie to ta choroba wysokościowa. Lecz chwilę później wiatr przesunął mgłę - choć na tej wysokości lepiej powiedzieć chmurę - i ponownie odsłonił część lodowca.
Nie da się ukryć... w białoszarości /biało-szary lodowiec - biała chmura i jeszcze słońce przesłonięte/ widać karawanę wielbłądów! Upewniłem się czy dobrze widzę pytając innych co widzą - widzieli to samo.
Choroba wysokościowa z synchronizacją widzianych obrazów - no nie to musi być jednak orszak koni wynoszących plecaki do stacji meteo. Choć widać, że te zwierzęta mają po jednym garbie. Chwilkę później wiatr rozwiał jeszcze bardziej chmury i można już było przez chwilkę zobaczyć, że faktycznie są to konie niosące po trzy plecaki - po dwa po bokach i jeden na grzbiecie. Ten z grzbietu przy słabszej widoczności zlewał się ze zwierzęciem i wydalał się tworzyć wielbłądy :P :D

Podchodzimy do skraju lodowca, ubieramy raki i krótka rozmowa.
- Wiążem się liną?
- Chyba jeszcze nie trzeba, wygląda na łatwe przejście.
- Jak się zrobi źle to się zwiążemy.

Teraz z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć, że to było rozsądne, też wykazaliśmy się wysublimowanym luzem :D
No cóż wszyscy łaziliśmy w rakach... po Tatrach, ale w tak wysokich górach to już byli nieliczni.
Żeby było jeszcze bardziej ekstremalnie to podczas opadów deszczu które zatrzymały nas w Kazbedze tutaj 2000 m wyżej padał regularny śnieg. Wariantem drogi którym idziemy ... idziemy pierwsi nie ma żadnego założonego śladu - lodowiec jest pokryty 20-30 cm świeżego śniegu - idealnie gładka biała przykrywająca wszystko powierzchnia. Główny szlak idący prosto z dołu lodowca jest oddalony o jakieś 800m.

Idę pierwszy - zakładam szlak. Kieruję się na jakieś wystające skałki, a potem dalej już ku ścieżce -widocznej jako trochę bardziej szara wijąca się linia na tle morza białego koloru. Za mną idą pozostali - ktoś krzyknął żebym robił mniejsze kroki bo nie może się wpasować w ślad :D Dochodzimy do głównej ścieżki (w zasadzie jedynej) - mocno przedeptana i sprawdzona przez ciężar koni i tabuny ludzi którzy wstali wcześniej od nas i zwinęli miasteczko namiotowe przed rzeką. Tutaj już faktycznie pełny luz.

Wybiegnę trochę do przodu - o trzy dni - do czasu zejścia. Wracając śnieg był już stopiony i wystawał żywy lód pokryty małymi kamyczkami niesionymi przez wiatr z pobliskich szczytów. Lecz nie to było ciekawe - wtedy mogłem sobie zobaczyć naszą ścieżkę. No musze powiedzieć, że mam niezłe wyczucie, lub duże szczęście - ścieżkę którą wytyczyłem poprowadziłem pomiędzy /niewidocznymi w tym czasie/ szczelinami - jakieś 20 metrów wyżej była duża szczelina i następna - niewiele mniejsza - 2-5 metrów niżej od wydeptanego "mojego" szlaku. Co ciekawe wydeptana przez nas ścieżka była równoległa do obu szczelin... Jakbym dokładnie je widział ... odjazd! Wtedy dopiero docenia się uprzęże i linę... tą linę niesioną w plecaku. Dobrze, że można się uczyć na własnych błędach. Ale po rozmowie z innymi ekipami - WSZYSCY ! tak postępowali - pomimo, że mieli uprzęże i liny żaden zespół nie użył na lodowcu sprzętu!

Dochodzimy do końca lodowca - chmury się całkowicie rozwiały i widać pomarańczową budowlę niczym gąsienica wygrzewająca się na skalnej półce ... jeszcze tylko ze 200 m w pionie może troszkę mniej.

Dyskutujemy o opcjach noclegu, lecz raczej skłaniamy się do spania na glebie w stacji. Karolina proponuje trochę wyżej w namiocie. Ostatecznie stanęło na pokoju w stacji /przynajmniej się dobrze wyśpimy/ ... o ironio .. ale nie wybiegajmy w przyszłość...
Stacja meteo - dzisiaj schronisko - wygląda na co najmniej zapuszczoną. Widać, że kiedyś przeżywała czasy świetności. Trzeba to powiedzieć, że było to za czasów wielkiego związku rad.
Teraz choć używana... raczej wygląda na gospodarkę rabunkową. Czyli eksploatacja zastanego potencjału - choć mogę w tym wypadku być nieobiektywny - przytaczam wrażenia. Możliwe /nie wiem jak to sprawdzić/ że opuszczający stację użytkownicy doprowadzili ją do stanu ruiny. Choć pewnie prawda jest gdzieś po środku przy opuszczaniu stacji zniszczono ją trochę, a później miejscowi część pozyskali, a dopiero później to co pozostało zostało przekształcone w schronisko - ale czy tak było w rzeczywistości .... ?
Dzisiaj schronisko przecieka i jakoś nie jest remontowane. Zostało wyposażone w agregat prądotwórczy na prowizorycznej instalacji elektrycznej rozpiętej na gwoździach. Niestety jak pracuje agregat to część spalin wchodzi do schroniska. Natomiast w schronisku atmosfera jest fantastyczna /pomimo mniejszej zawartości tlenu w powietrzu :P /.
Wspólna kuchnia i doprowadzona topiąca się woda /w czasie dnia - po zachodzie zamarza i trzeba ją przynieść z zewnątrz/.
Część schroniska oferuje pokoje z łóżkami, niższy standard to goła podłoga w pokoikach oraz na zewnątrz w namiotach. Rejestracji i opłaty dokonujemy u prowadzącego schronisko. Pobiera kasę wystawia paragon i podaje książkę meldunkową i wpisujemy dane z paszportów/ dowodów. Jak jestem przy kasie płatności za pobyt: namiot w pobliżu schroniska 10 lari (gel) od całego namiotu, dalej od schroniska ( za darmo) :), pokój bez łóżka i koca (gleba) - 20 lari od osoby, pokój z łóżkiem (pryczą) i kocem 25 lari od osoby. Są zniżki jeżeli opłaci się schronisko w Tibilisi lub na dole w agencji (dotyczy schroniska (15/20).
Jest możliwość wynajęcia gazu i zakupu jakiegoś piwa i słodkości lecz są to opcje abstrakcyjnie drogie...
Nie należy się zdziwić gdy zapyta Was czy już zapłaciliście za pobyt - nas pytał 3 razy :D No muszę przyznać, że używał płynów niepozwalających zamarznąć organizmowi - to lokalne BHP :D
Ktoś go zapytał - gdy trzymał półpełną plastikową buteleczkę - czy to tak dobrze działa "czacza" /lokalny trunek gruziński i udaje się go zrobić od 40% do 60-70% zawartości alkoholu/.
-Niet, eto nie czacza. Czacza sałabaja. Eto spiryt - odpowiedział :D
W każdym razie po wpisaniu i zapłaceniu trzeba się liczyć z pytaniami każdego dnia czy już zapłaciliście. No trochę go usprawiedliwia wysokość i duża liczba klientów. W czasie naszego krótkiego pobytu było tam kilkadziesiąt osób. W przytłaczającej większości Polaków.

Rozlokowaliśmy się w pokoiku, zjedli małe coś i zaczęłyśmy się kręcić w bezpośredniej okolicy "gąsienicy". Co ciekawe nawet czasami(!) bywa zasięg telefonii komórkowej przy wejściu do schroniska. Obok schroniska jest miasteczko namiotowe i kawałek dalej obłożony kamieniami wyrównany placyk - na moje oko kiedyś było to specjalnie zrobione lądowisko dla helikopterów. Słowo kiedyś jest jak najbardziej na miejscu teraz jest tam techniczne śmietnisko. Dużo rozbitych akumulatorów, szczątki okiennic, jakiś zbiorników, szczątki aparatury naukowej. Co ciekawe stacja meteo ma ościeżnice z zawiasami umożliwiające wstawienie podwójnych okien. Teraz jest tylko wykorzystana jedna szyba oddzielająca nas od zewnętrza.
Dalej opisując jest toaleta - wybudowane z pustaków pomieszczenie postawione na słupach wystające na skraju skarpy. Pomieszczenie to przedzielone jest deskami na dwie kabiny, a w podłodze jest najważniejsza rzecz dziura w niej - tradycyjna toaleta - nieczystości powoli staczają się po zboczu. Miałem opory z korzystania z tego rozwiązania, zapach jest taki sobie, ale gdy zadało dmuchać to okazało się świetnym patentem - trudno sobie wyobrazić lepszy. Z grubsza osłonięty od wiatru i ludzi, w miarę blisko schroniska.
Przy wejściu są wkopane w ziemię prowizoryczne ławeczki - w czasie pogody obsiadane wygrzewaczami ciał :)
Z drugiej strony stacji, pośrodku pola namiotowego jest pomniczek z tabliczką poświęconą polskiemu zmarłemu Prezydentowi jego małżonce - Lechowi i Marii Kaczyńskim.
Nad całością góruje Kazbeg... Jest tuż, tuż na wyciagnięcie ręki.
Fajne rozmowy Polaków na wysokości - kiedy przyszli i kiedy wchodzą. Jak dowiadywali się, że dzisiaj przyszliśmy z jednym nocowaniem po drodze i dzisiaj w nocy wychodzimy na szczyt ... to było w ich oczach duże zdziwienie - tak bez aklimatyzacji. Nie mamy czasu na aklimatyzację - czas zabrała niepogoda. Ponadto jak to, my nie damy rady? - my grotołazi ... :P
Jakaś ekipa naszych rodaków wychodziła w tym deszczu co nas unieruchomił na kwaterze - przed rzeką spali w namiocie w śniegu i podchodzili w deszczu ze śniegiem - doszli do stacji i byli tak przemoczeni, że musieli poczekać dzień na jakiekolwiek przesuszenie i poprawę pogody by schodzić w dół bez próby wyjścia na górę.

Widzimy ledwo żyjącego Polaka siedzącego, lub chyba przywiązanego do konia - będzie zwożony na dół - choroba wysokościowa... Wygląda ....źle... bardzo źle... Podobno spał w namiocie na Plato w czasie gdy przyszło załamanie pogody i nie mógł zejść przez 2 dni niżej. Skóra mu odchodzi od twarzy - odmrożenie lub oparzenie słoneczne ... nie pytamy.

Wracając do relacji - po przybyciu, formalnościach i jakimś małym zjedzeniu Karolina położyła się w pokoju, a reszta kręciła się po okolicy. W pewnym momencie powiedziała, że czuje się fatalnie. Wygląd jej twarzy doskonale świadczył o jej niedyspozycji - wszyscy zrozumieliśmy natychmiast - choroba wysokościowa! Schronisko jest na wysokości 3650 m.n.p.m. Daliśmy jej jeszcze z pół godziny - w międzyczasie Florek dostał od innej polskiej ekipy leki na chorobę wysokościową. Karolina zażyła je. Szybkie decyzje - każdy był gotowy do zejścia z Karoliną niżej. W końcu stanęło, że zejdzie z Karoliną Iza - wezmą tylko namiot, spanie, jedno gotowanie, trochę żarcia. Popołudniu szybkie minimalistyczne pakowanie i w dół. Florek i ja odprowadziliśmy dziewczyny do połowy lodowca gdzie już Karolina założyła swój plecak - deklarowała, że się znacznie lepiej czuje. Choć po wyglądzie wnioskować tego nie można było. W ostatnich promieniach słońca wróciliśmy do schroniska. Dostaliśmy później SMS'em wiadomość, że dziewczyny rozbiły namiot przed rzeką i Karolina czuje się zdecydowanie lepiej.

Położyliśmy się spać około 21. Słowo położyliśmy się - jest dobre, lecz słowo spać - już niestety nie :(
Pokój w którym spaliśmy sąsiadował z kuchnią, gdzie miejscowi urządzili sobie alkoholową imprezkę. Zdecydowanie spać się nie dało. Nie tylko, że głośno, ale czasem podskakiwała drewniana podłoga. Pokoje /z pryczami/ są po drugiej stronie korytarza i tam ludki się wyspały - myśmy mieli pecha jedyny przylegający pokój do kuchni i akurat myśmy go dostali. O 2.00 mieliśmy wstać, wtedy zaczęli ludkowie napływać cicho do kuchni i imprezka się skończyła. Choć ludzie wychodzący na górę zaczęli jeść zrobiło się cicho - pośpimy jeszcze z poł godzinki. Nie spaliśmy, ale jeszcze się poleżało z trzy kwadranse. Potem szybkie śniadanie - w zasadzie nic nie zjadłem: dwie porcje chrupkiego pieczywa i gorzką herbatę... Na siłę zjadłem jeszcze pół słodkiego batona.
Po ustaleniach z większością polskich ekip wyposażonych jak my w pełne komplety sprzętu powstało lokalne polskie powiedzenie - od tego się odchodzi!!! :D A pytanie dotyczyło czy biorą uprząż, i linę. Nawet odeszli od noszenia kasków... Ze sprzętu ekipy brały tylko czekany i raki. Nie całkiem logiczne, lecz typowo polskie zachowanie :) Najlepiej, że prawie wszyscy byli z klubów górskich i większość zrzeszonych w PZA. Jedna ekipa za 2 dni jechała na Elbrusa i Kazbek traktowali jako aklimatyzację. Wyposażeni byli jak na zdobywanie oblężnicze, ale sprzęt został w stacji meteo.

2013-08-01

Wyszliśmy z Florkiem jakoś po 3 jako ostatnia ekipa. Wiało... nie, nie wiało piździło jak cholera / a może mocniej/!!!
Czysta noc super gwiazdy, ale brak księżyca idziemy przy czołówkach.
Staram się opatulić jak się da. Mam kask na głowie i czapkę, ale strasznie mi zimno w głowę. Co jakiś czas są zwiewane kamienie z Kazbeku - tego wygasłego wulkanu. Dużo leci ze ścian drobnego czerwonego pyłu - widać to dobrze na śniegu i jak zawieje w twarz. Mijamy namiot rozbity między głazami - aklimatyzacja? Mnie się coraz ciężej idzie.
Nie mam siły na uruchomienie kamery Gopro przypiętej do kasku, ale się przełamuję i uruchamiam...
Mija nas schodząca polska dwójka /dziewczyna i chłopak/ schodzący w dół. Dziewczyna dostał ostrej choroby wysokościowej - wygląda bardzo słabo /wymiotowała/, ale wolno przemieszcza się o własnych siłach w dół. Idziemy dalej, ja niestety słabnę - idę coraz wolniej. Florek czeka na mnie dochodzę do niego i mówi, że go ucho zaczęło boleć i co ja na to żebyśmy wracali. Ja biłem się z tą myślą od jakiś 10 minut! Mam ewidentnie dość! Choć bardzo chciałem wyjść na górę, zrobić zdjęcia i nagrać jakieś pozdrowienia z górki. Ale po prostu natrafiam na ograniczenia fizyczne - nie mam siły. Stoczyłem wielką przegraną walkę mojej woli z moim ciałem... Ponadto rozsądek mówi, że trzeba się wycofać - w sumie nie pierwszy raz... może dlatego łatwiej podjąć taką decyzję.
Pijemy herbatę i wracamy. Doszliśmy do 4155m.n.p.m. nie udało się nam dotrzeć do plata. W drodze powrotnej zbiera mi się na wymioty - ale na szczęście mam pusty żołądek.
Zaczyna świecić słońce i staje się - pomimo wiatru - gorąco. Wracamy do stacji i kładziemy się spać jest około 9-10. Zasypiam od razu.
Mariusz i Agnieszka wychodzą w góry - w trasę z której właśnie zawróciliśmy. Dochodzą do plata a Mariusz kawałek wyżej - mówi, że gdyby wziął sprzęt to pewnie by wyszedł na szczyt. Zastanawiam się czy to dodatkowe 6 godzin snu czy po prostu ma silniejszy organizm.
Wstaję wczesnym popołudniem - czuję się dobrze bez żadnych dziwnych reakcji organizmu. Z korespondencji SMS'owej wiemy, że Karolina czuje się dobrze. Florek dodzwania się i ustalają z Izą, że Ona podchodzi do góry i następnej nocy zaatakują szczyt.
Wczesnym popołudniem dokwaterowują nam Irańczyków. Trzech gości w wieku 50-60 lat. Ciekawi ludzie z rozmowy wynikało, że jeden z nich był mistrzem boksu. Używają raczej archaicznego sprzętu. Co troszkę denerwuje nie korzystają z kuchni, lecz gotują na patelni w pokoju pomiędzy nami w śpiworach.
Postanawiam nie próbować zaatakować szczytu - głupio by było żebym utrudnił reszcie wyjść na szczyt gdyby mnie znowu chwyciła niemoc.
Florek z Izą atakują szczyt...

2013-08-02


Tam gdzie miał być Prometeusz do Kaukazu przykuty psy za ludźmi na 5000 wchodzą.

Tym razem spałem jak zabity, noc wcześniej był to raczej letarg.
Po drugiej zadzwonił budzik i brutalnie mnie obudził. Wyjście z ciepłego pachnącego kokonu śpiwora napawał niechęcią, a widok obok śpiących spręża nie powiększał. Budzik zadzwonił ponownie i tylko z litości dla śpiącej reszty nie zignorowałem piekielnego urządzenia. Dźwiękowi rozsuwanego śpiwora towarzyszyła myśl jak bardzo nie lubię wcześnie wstawiać. Chłodne powietrze szybko pozbawiło mnie resztek błogiego snu. Potem poleciało już szybko, ubrałem się i na śniadanie. Gorrrrąca i turbo słodka herbata, owsianka, plecak na grzbiet i zrobiło się chwile po trzeciej jak wyszliśmy z Izą.
Chyba byliśmy ostatni, którzy tego dnia ruszyli do góry. Powietrze stało, mrozik był lekki, niebo skrzące gwiazdami obiecywało lampę. Ruszyliśmy, krok za krokiem do góry i to bajeczne uczucie, że moc jest z nami.
Kawałek za krzyżem zdążyliśmy z Izą wyprzedzić wszystkich. Po wejściu na lodowiec zaczęło wiać.
Ścianę Khmaura mijaliśmy jeszcze przed świtem. Odcinek wzdłuż tej makabrycznie kruchej ściany dostarcza sporo wrażeń. Co chwila słychać, że coś leci, a nic nie widać. Jak tylko coś słyszę wytrzeszczam oczy w ciemność w nadziei, że w bladym świetle czołówki nie zobaczę nadjeżdżającego głazu. Świtać zaczęło dopiero po przejściu osypującej się ściany.
Na plato, przy namiotach na 4200 robimy pierwszy postój. Akurat jak pierwsi ludzie zaczęli się gramolić w namiotach. Cały czas wieje. Postój nie trwał długo, kubek herbaty i dalej do góry.
Po drodze na przełęcz na 4200, Iza stwierdziła, że marznie w stopy i ręce.
Na przełęczy zaczęło wiać naprawdę mocno. Dalej droga zaczyna się ostro piać w górę. Od tego miejsca ślady z poprzednich dni zostały zawiane. Tu chyba po raz pierwszy pojawiła się myśl, że wyszliśmy za wcześnie. Było już jasno, ale słońce było z drugiej strony góry, a co gorsza droga wiedzie trawersem północnej ściany, więc perspektywy na promienie słońca dające ciepło była jeszcze naprawdę odległe.

Do mniej więcej 4700 - 4800 zmieniliśmy się ze dwa razy na torowaniu. Wiatr w miedzy czasie przybrał na tyle, że pod wiatr nie byłem wstanie wziąć oddechu. Do tego miejsca szliśmy bez raków.
Zacząłem ubierać raki, a Iza mówi, że stopy już ma tak zmarznięte, że nie daje rady, więc odpuszcza i schodzi. Zanim się rozstaliśmy wziąłem jeszcze od Izy trochę kremu z filtrem UV na twarz, potem się okazało, ciut zbyt obficie nasmarowałem się kremem.
Iza zaczęła schodzić, a ja odwróciłem się w stronę góry. Po dwóch krokach spojrzałem w dół by zobaczyć, co tam z Izą. I tu szok - Iza jest już prawie na przełęczy na 4200 - był to zjazd na czekanie przynajmniej z prędkością dźwięku. Iza była na przełęczy, a ja szedłem dalej.
Dziesięć minut później oczy zaczęły mi łzawić i boleć nie do wytrzymania. W naturalnym odruchu wsadziłem pod okulary palce i wyjaśniło się - napchałem sobie kremu do spojówek, ponieważ nie byłem wstanie usunąć kremu rękami, w akcie desperacji wsadziłem sobie pod okulary kawały śniegu, ale nie za wiele to pomogło. Całe te zabawy ze śniegiem trwały na tyle długo, że minęło mnie klika osób.
Szedłem, więc dalej widząc jak prze mgłę. Ale było trochę prościej, bo kto inny torował.
Dotarłem na grań skąd już tylko rzut beretem na szczyt.
Stąd po "betonach" idzie się na wierzchołek, jedyny problem, że podmuchami wiatru zaczęło kręcić. To też, co kilka metrów był przystanek by człowieka nie zwiało, a przy okazji trochę oddechu złapać.
Jakieś dwadzieścia metrów przed szczytem minął mnie pies, ot zwykły burek. Skubany tylko oczy mrużył jak przywiewało mocniej i lekkim truchtem pobiegł do góry. Zanim dotarłem na szczyt burek wracał (widocznie nikt mu żarcia dać nie chciał) a szkoda, bo zdjęcia z pieskiem na szczycie były by moce :).
I dotarłem, jestem na górze. Na widnokręgu nie ma nic wyższego.
Łyk herbaty, pół snikersa, kilka zdjęć i dzida w dół. Z każdym metrem w dół powietrze przyjemnie gęstniało i coraz lżej się szło.
Iza czekała na mnie między przełęczą a plato z namiotami.
Co ciekawe w trakcie oczekiwania na mój powrót burek, który później miną mnie na 5000, przyszedł do Izy i przyłasił się na kwadrans skutecznie ogrzewając zmarzniętą Izę.
Dalej na powrót razem pomaszerowaliśmy do schronu.
W schronie z powrotem byliśmy o 12.
Ja polazłem gębę do słońca wystawić, Iza rozgrzewała się jeszcze metoda śpiworową. I tak zeszło się nam do 16.
Ale że siły jeszcze były to każdy doładował sobie wszystkie graty do plecaka i udaliśmy się do Stepansmindy.
Gdzie, jak by nie było zanim dotarliśmy do reszty symboliczne piwo zostało otwarte.

Florian Małek

.....     Agnieszka, Mariusz i ja schodzimy w dół zabierając rzeczy Karoliny. ......     Lodowiec jest zupełnie inny - szary, a tam gdzie nie ma pyłu i kamyczków wystaje błękitny lód... i widać teraz szczeliny ...
Schodzimy we troje Agnieszka, Mariusz i ja.
Wyprzedziłem pozostałą dwójkę i czekałem na nich pod kapliczką na przełęczy rozkoszując się widokiem góry i bładząc gdzieś daleko myślami...

Karolina wita nas pod klasztorem - ma urodziny i postawiła nam melona i piwko - siedzimy na trawce przed klasztorem pewnie ze 2 godzinki. Potem na dół i na kwaterę - Dostajemy inny pokój /reszta jest zajęta/. Spotykamy świeże małżeństwo w podróży poślubnej - w trekkingu poślubnym - jutro wyruszają w trasę z namiotem u podnóża większych górek. Będą zwiedzać okoliczne ciekawostki /np. w pobliżu są ruiny rzymskich umocnień/. Już po zmierzchu przychodzi Iza i Florek.

2013-08-03


Rano wyjeżdżamy do Tbilisi i po przesiadce do innej marszrutki dalej do Batumi. Nie dojeżdżamy do samego Batumi - był plan, żeby wysiąść wcześniej, lecz nie dogadaliśmy się z kierowcą - czekał na nasz sygnał w końcu zatrzymaliśmy się w Kobuleti - jakoś od początku nazwa skojarzyła mi się z mafią włoską ;-).
Namiotów jakoś nie bardzo dało się rozbić - wszędzie jakieś tancbudy, ale udaje się wynająć kawałek podwórza pod lokalnym zbiornikiem na wodę /taka przydomowa wieża ciśnień/. Koniec końców wychodzi to na korzyść - możemy zasunąć mioty i porzucić dobytek - całość jest na ogrodzonym, zamykanym bramą i pilnowanym przez mieszkańców podwórzu.
Po rozbiciu namiotów i nabyciu winka udajemy się na plażę - picie winka i kąpiel w morzu po zmroku ... :D

 

2013-08-04


Plan na jutro - plaża piwko i kąpiel.
Budzimy się rano - i szlak trafił plany - pada /podobno to tutaj rzadkość/. Powoli zaczynam myśleć, że jednak to cecha charakterystyczna... :(
Po śniadanku w pobliskiej knajpce - super smaczne - jedziemy do Batumi. W Batumi jest już po deszczu - kawka po turecku, herbatka też po turecku - mocne trunki, ale w ...naparstkach :D

Kupujemy piwko w lokalnym browarze - napełniane wprost z kadzi do plastikowej butelki. Wsiadamy do lokalnej marszrutki o numerze 31 i jedziemy do ogrodu botanicznego. Zakup biletów z mapką i już wkraczamy w świat różnorodnych roślin...
Zaczyna tam lać - znajdujemy altankę i żeby się równo nawadniać - od zewnątrz deszcz, a od środka ... piwko. Przeczekaliśmy ulewę. Ogród niesamowity - rośliny z różnych środowisk skupione w lokalne enklawy. Co kawałek altanki dla zmęczonych turystów.
Dochodzimy do wyjścia na stację kolejową /teraz nieczynną - pociągi tylko przejeżdżają/ wychodzimy z ogrodu i dalej nad morze czyli pewnie z 15m :). Moczenie nóg i powrót do ogrodu - wejście nie jest pilnowane - dalej zwiedzamy.
Opuszczamy ogród tylnym wejściem. Drałujemy do głównej drogi, tam łapiemy marszrutkę i wracamy. Lokalna Policja zmienia kierunek busika - coś mówią o rozmytej drodze /a może coś innego../ Wysiadamy chwilkę później i idziemy z buta na kwaterę. Ostatnie jedzonko w tym kurorcie - padało nawet w nocy.

2013-08-05


Rano jak wstaliśmy piękna pogoda - o ironio... Przynajmniej można wysuszyć namioty.
Szybka kąpiel pod prysznicem i pakowanie plecaków. Zaczęło znowu lać.
Plecaki wstawiliśmy pod wiatę u gospodarza i poszliśmy na jedzonko. Po ostatnim śniadanku w tradycyjnej knajpce /mniam... mniam ... / wyjeżdzamy. Warto jeszcze powiedzieć, że pomagaliśmy ratować knajpkę przed rozwaleniem przez wiatr i ulewę - ściągaliśmy zasłony :)

Próbujemy złapać busika do Batumi - w sumie jedziemy do Kutisji, ale kto nas zabierze w 6 osób z plecakami do Kutaisi jadąc już częściowo wypełnionym busikiem. I okazało się, że jakiś busiasz wypatrzył nas i zabrał do Kutaisi. Co niecodzienne byliśmy jedynymi pasażerami - po prostu busiaż zaczynał kurs i miał pusty pojazd - wynajęliśmy marszrutkę.
W planie jak na grotołazów przystało zwiedzanie nory - chcemy zwiedzić Grotę Prometeusza.
Rano poszedłem do kafejki internetowej - otwarta była jeszcze przed 8.00 trochę kombinacji z klawiaturą i sprawdziłem kilka stron internetowych. Przyszedł Florek i zapanowała konsternacja na połowie stron... Jaskinia /Grota otwarta przez cały tydzień, a na pozostałych stronach opisane... że jednak zamknięta w poniedziałek.
Busiarz twierdzi, że nas dowiezie - lecz jest mały problem... nie wie w ogóle o czym mówimy. Pyta kumpli na parkingu i prosi żebyśmy nie wysiadali on nas zawiezie... W końcu podobno wie...
Dowozi nas do parku dinozaurów - wtopa /tak się nam wydawało/.
Wylądowaliśmy w Parku narodowym Sataplia - oddalony o około 9km od Kutaisi /praktycznie pod samym miastem/. Okazuje się, że jest tam informacja o innych miejscach turystycznych i dowiadujemy się od pani w kasie... że Jaskinia Prometeusza /choć jest oddalona o niecałe 12km/ w poniedielnik zakryta - a akurat jest poniedziałek...
Zwiedzamy te dinozaury - pod dachem są odkryte zastygłe w skale ślady kilku dinozaurów - oświetlane kolorowym światłem - odjazd. A przy ścieżce mamy 2 stojące i wrzeszczące dinozaury. Przewodnik doprowadza nas do wejścia do jaskini - mamy w końcu jamę!
Jaskinia Sataplia w sumie nie najdłuższa, ale fajnie oświetlona LED'ami, można robić zdjęcia, przewodnik jest przyjezdny i sama jaskinia ma niesamowitą szatę naciekową. Jest misa spełniająca życzenia - wrzucam pieniążek ;P Może się spełni...
Znowu deszcz...

Wracamy mokrzy do Kutaisji. Idziemy z pod Mc'donalda do centrum. Przechodzimy wśród budynków które czasy świetności mają już za sobą. Wszystkie bloki na dachach nad klatkami schodowymi mają lokalne zbiorniki na wodę. Idziemy i idziemy - pochód z ciężkimi plecakami do centrum. Dobrze, że jestem wysoki bo zdecydowanie nogi zaczęły mi wchodzić do D..py! i pewnie się skróciłem o kilka cm : P

Jakaś knajpka na środku parku . Szybkie piwko i na ochotnika idę obszukać innej knajpki z jakimś jadłem.
Kurcze, w tej części miasta... jest pustynia... piwko i napitki są, ale jedzonko w malej przeciętnej i przytulnej knajpce to już problem. No chyba, że w knajpce kilku gwiazdkowej - wolałem nie pytać czy da się tu zjeść z plecakami. A coś o niższym standardzie nie istnieje. Cały czas mówię o okolicach Parku.

Docieram na bazar kilka pytań i pozwolenie na zrobienie zdjęć. Jak ludki dowiadują się, że jestem Polakiem chcą mnie poić czaczą, pytają czy nie zatrudniłbym kogoś ... :D
Uciekam z bazaru - w końcu mam znaleźć knajpkę. Trafiam do biura obsługi ruchu turystycznego siedzi tam młoda Gruzinka i trzeba zmienić język na angielski - i jakoś dogaduje się /no mój angielski jest w stylu japońskim : jako-tako/ i dostaję bezpłatną mapę miasta :D Znowu w trasie i w końcu sukces - znajduję jakiś rodzaj baru, ale mają wszystkie rodzaje lokalnych ciepłych potraw!
Przenosimy się do tego baru. Zostawiam wszystkich na jedzeniu i idę ponownie na bazar - znowu kilka pytań czy można zrobić zdjęcie ... Tylko 2 razy mi odmawiają, ale reszta ludzi bardzo przyjazna. Robię dużo zdjęć.
Wracam - zmiana teraz ja jem i pilnuję plecaków została też Karolina - reszta zwiedza.
I w drogę szukamy busika czyli marszrutki - zatrzymujemy jakiś busik kursowy - pytamy gdzie można coś złapać /oczywiście chodziło nam o transport :P /. Podobno tutaj nic nie złapiemy.. ale .. ale jak zapłacimy 50 lari to może cos się znajdzie - przeszukujemy kieszenie mamy 45.     Może być. Wsiadajcie. - krzyczy busiarz. Ładujemy się do marszrutki, zdziwieni pasażerowie a my wciskamy się do pojazdu z naszymi tobołami! Busiarz rozwozi pasażerów /ludzie po prostu mówią gdzie ma się zatrzymać - niekoniecznie na przystanku/ po wysiadce ostatniego pasażera busiarz zdejmuje tablice i zasówa na lotnisko - miał uszkodzony licznik, ale sunął chyba ze 140 - busik chciał zmienić kształt :D

Na lotnisku jesteśmy o kilka godzin za wcześnie - idziemy w kąt i zaczynamy rumuning :D Rozkładamy karimaty i śpiwory i leżakujemy. Powoli robią się tłumy więcej osób dołącza do naszego stylu czekania - rozkłada karimaty i śpi.

2013-08-06


Wreszcie trzeba się spakować do samolotu - wyrzucamy ostatni pojemnik z gazem do kosza i na odprawę i do samolotu.
Po lądowaniu i odebraniu samochodu z parkingu jedziemy na zakupy i robimy śniadanie u Karoliny w ogrodzie w Jaworznie i kończymy wycieczkę w Krakowie...


No cóż warto podsumować wyjazd - był bardzo fajny :)
Muszę jeszcze tam wrócić i wyjść na tą górę. Warto wspomnieć, że faktycznie góra nie jest specjalnie trudna ...ALE wcale nie jest łatwa, inne relacje czytane przed wyjazdem sugerowały możliwość wyjścia w szpilkach i krótkich spodenkach na szczyt. Pewnie się to udaje, pewnie nawet nie jednej osobie - warto jednak pamiętać, że są to góry już dość wysokie. W czasie naszego krótkiego pobyty widzieliśmy ludzi zwożonych z chorobą wysokościową, samych schodzących, a także sami doświadczyliśmy tego na własnej skórze.

Previous Article O powierzchniowych wyprawach grotołazów słów kilka
Print
24 Rate this article:
Brak ocen
  • Gallery
  • Contact
  • Komentarze
Tomasz Snopkiewicz

Tomasz SnopkiewiczTomasz Snopkiewicz

Other posts by Tomasz Snopkiewicz
Contact author

Please login or register to post comments.

Please solve captcha
x